Setka Atlantic Challenge 2025 – Etap I – Santa Cruz de Tenerife – część 3

Mózg czyni cuda. Podczas skrajnego nadmiaru doznań dźwiękowych zaczyna odcinać niektóre z nich. Przestaję powoli słyszeć ten straszny harmider. Pocę się jak mysz w szczelnie zamkniętej łódce, na zewnątrz nieciekawie. Zasypiam.
Budzę się obolały i posiniaczony ale za to banderka już tak nie fruka jak na baterie. Fala się rozbudowała. Sporo ma. Na oceanie jestem pierwszy raz. Sporo ma. Jednej tak się spodobałem ja i Scorch, że zechciała nas odwiedzić w środku (tylko połowa zejściówki była zamknięta). Jaka jest najszybsza i najwydajniejsza pompa zenzowa? Zestrachany facet z gąbką i wiaderkiem. W środku mam mokro. Na zewnątrz chlapie i woda przelewa się przez pokład. Siedzę w sztormiaku i gapię się na fale co mnie gonią, gapię się i trzymam się. Nawet nieźle.
Wieczorem znów mocno. Chyba nawet mocniej. Znów lina za rufę, zamykam się szczelnie i idę spać. Jacht walczy. Przecież wiem jak i kto go zrobił. Ufam.
Następny dzień to mokry dzień. Tak mokry, tak chlapie, tak woda do łódki wchodzi, że ręce mam jakbym w wannie ze dwie godziny przesiedział. Mam dość lekko i sił trochę brakuje na zabawę żaglami. Zostaję na samym foku do końca dnia. Linę tylko wyciągnąłem. Gapię się, odbudowuję się i jem. Pomarańcze przed myciem zębów. Znów zaraz ciemno, a ja dostaję info, że jestem leszczu i mam ze 20 mil do ostatniego. Nie przyjechałem się ścigać. Jedyny facet, z którym chciałem się zmierzyć to ja sam. Ale wnerwiło mnie kapkę. Co jest ze mną nie tak!
Przepracowałem całą noc. Czuwałem i rozrefowtwałem jak tylko się dało i leciałem 5.5-6kn. Przez noc nadrobiłem 11 mil. Zuch. Nic to w rezultacie nie zmieniło ale co się narobiłem i co się nażeglowałem szybko w bezksiężycową noc, to moje.
Kolejny dzień, coraz bardziej na południe. Zachód słońca też przesuwa się i jest ponad godzinę później niż na początku. W nocy coś grzebałem w bakistach dziobowych, po zupę żeby sobie zagrzać i zjeść, zupę gorącą przynajmniej dobrą. Namacałem zupę w worku, w bakiście ale namacałem też, że mam tam mokro. Co jeszcze… Od razu sprawdzam czy nie słone. Nie słone czyli dobrze. Znaczy słodkie ale nie w sensie, że woda słodka (znaczy też dobrze bo zapas wody cały). Został gdzieś jakiś wkręt nieobcięty i butelka gazowanego słodkiego pomarańczowego ulepka rozszczelniła się i wyciekła. Tam też wepchnieta była akurat, nie w worku, ksiązka którą kupiłem sobie na rejs. Popiła sobie tęgo tego narańcza cuda i zrobiła się dwa razy grubsza i trzy razy cięższa. Nie do odratowania. Okładka od razu odlazła, a w rękach została mi tylko kupka kompletnie przemoczonych, napuchniętych kartek. A tak chciałem to przeczyać, taki reportarz o Rosji i sekcie założonej w latach 90 przez milicjanta, który nagle zrozumiał jadąc trolejbusem, że jest Chrystusem. Szykuj sanie latem. Przeczytałem pierwszą stronę z tej mokrej kupki i zaciekawiony postarałem się jakoś na rogu, jakoś odkleić tą kartkę jakoś delikatnie żeby się nie podarła i przeczytałem jej drugą stronę. Wyrzuciłem to za burtę i czytam dalej. I tak kartka po kartce, moja książka znikała w falach oceanu. Na koniec dnia w ręku nie zostało mi nic. Po przeczytaniu książki przestałem ją posiadać. Cały dzień się czytało, się jadło, się żeglowało. Samo. Prawie nie dotknąłem rumpla czy żagli. To był dobry odbudowujący dzień. W nocy jeszcze trochę walczę o wynik ale i tak jestem ostatni. Grzeję zupę w podgrzewaczu chemicznym. Znów są gwiazdy, znów się gapię. Leżę w kokpicie prawie całą noc. Sztormiak, polar dają radę. Szkoda jednak, że gumowców nie wziąłem…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *