Gumowców nie wziąłem to siedzę w zwykłych butach sportowych, granatowych. Jak wyschły wreszcie, z wody morskiej, to wyglądały jak z budowy.
Jest już sporo mniej niż 100 lim do mety. Jak to się wydaje blisko. Blisko, blisko. Palcem po mapie albo ekraniku mizianym to jest blisko. A to jeszcze wiele godzin. Od rana pogoda dopisuje ale wiatr cichnie. Idę 2.5-3.5 węzła. Jest bardzo spokojnie i sucho więc zabrałem się za kolejną książkę. Suchą. Tym razem o trzeciej wyprawie Kapitana Cooka. Robi się ciepło, zdejmuję sztormiak w końcu. Poranne czynności maskujące higienę osobistą – co możesz zwojować mokrymi chusteczkami.
Moczę w wodzie szmatkę taką kuchenną, żarówiastą dobrze wodę chłonącą, a tu spod łódki podpływa ryba na dwa talerze. Na odległość widelca. Ryba modna. Z dużymi ustami taka. Mam wrażenie, że mógłbym ją złapać – na pewno, jeśli byłbym ta szybki jak wtedy z gąbką i wiaderkiem.
Dzień dopływania do mety. Dzień ze słońcem bez sztormiaka. Dzień z emocjami, że to już. Już widać wyspę. Nigdy tu nie byłem.
„jak tu pięknie” – prawie jak w Kazimierzu.
Jak górzyście – jeszcze pochodzę.
Mijam metę, emocje jakbym był przynajmniej przedostatni. Piszę do Janusza o której przeszedłem, odbieram natychmiastowe gratulacje i kieruję się do mariny Santa Cruz de Tenerife. Spływa ze mnie pewnego rodzaju napięcie. Już po wszystkim, lecę na pełnych żaglach. Czuję, że szkoda, że nareszcie. Spływa ze mnie ten stres, który pozwalał być ciągle skupionym. Już tylko kawałek. No i wtedy też spływa ze mnie fala słonej wody. Dostałem akceleracją wiatru międzywyspowego tak, że okienko w wodzie. No to refy. Jeden za mało. Drugi powinien wystarczyć. Płynę i muszę kierować się coraz bardziej w stronę Teneryfy. Ruch się zagęszcza, bo pływa tu sporych statków dużo ale też są bardzo szybkie katamarany pasażerskie śmigające po 30 węzłow. Zaczyna się zciemniać i wyspa pokazuje się w świetlnej odsłonie. Oniemiałem. Zrzucam natychmiast grota po to, żeby powolutku opadać w stronę główek wejściowych do mariny. Coraz piękniej, kolorowo, świetliście i uroczyście. Nie podsumowuję, nie wyciągam wniosków. Chłonę, delektuję się, czerpię, zapamiętuję. Fajnie jest. Już bliziutko. Odpalam mojego suzuka niech chwile popracuje na luzie.
Wołam na radio marinę. Miejsce na mnie czeka, marinero wyjdzie i poświeci, pomacha latarką gdzie mam wpływać. Wyszli i pomachali też koledzy. Odebrali cumy. Przytrzymali mnie jak zszedłem na pomost. Radość, uściski NA NIEDŹWIEDZIA, gratulacje. Chłopaki może po prysznicu. A przestań my też płyneliśmy! Łódka zacumowana bezpiecznie. Stoję między Hopsanką a Ja Tam. Lewą burtą do lądu, gdzie chodzi kupa ludzi. A z tej strony mam na łódce napis Solo across Atlantic 2025. Będzie dużo interakcji, pytań, gratulowań, cmokań, fiukań.
Jestem brudny, dumny, dumny, dumny i głodny.
Idę pod prysznić – fajne mają w tej marinie. Takie bujane.
Jestem dumny, dumny, dumny i głodny
Idziemy jeść – fajne mają stoliki w tej restauracji. Takie bujane.
Jestem dumny, dumny, dumny i senny.
95

